
Następnego dnia miałem odbierać samochód. Podczas mojej nieobecności włączył się alarm i policja odholowała go na parking. Prawdę mówiąc, miałem nadzieję na bezkosztowe załatwienie sprawy - w końcu to nie moja wina, że auto zaczęło wyć. Bałem się co najwyżej, że stało się coś poważniejszego - wybita szyba, etc. Niestety, kalkulator w biurze parkingu wypluł kwitek z zatrważającą kwotą 257 euro. 45 euro mandatu za zakłócanie spokoju (podobno wył przez ponad 2 godziny), 95 euro kosztów holowania, 36 euro opłaty podstawowej za parking plus 81 euro za dziewięć dni postoju. Rozmowa była krótka. Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież nie jestem winny, nie pomogła standardowa gadka o "biednym studencie", ani nawet oczy kota ze Shreka. Dura lex sed lex. Oczywiście nie mogłem zapłacić Visą ani Mastercardem (Niemcy...), a swoją EC-Kartę zgubiłem jakiś czas temu. Musiałem więc na dodatek przedrałować do bankomatu. Autu nic się nie stało, padł tylko akumulator. Obsługa parkingu próbowała mi pomóc, ale ostatecznie nie obyło się bez wzywania assistance.
Jakiś rok temu miałem podobną sytuację w Polsce, tylko że to ja nie mogłem znieść drącego się pod oknem alarmu i to ja wzywałem policję. Panowie przyjechali po godzinie, popatrzyli, pogadali, a w międzyczasie padła bateria i problem się sam rozwiązał. Czy zdecydowaliby się na odholowanie? Nie wydaje mi się...Dobrze? Źle? Tak, byłem wściekły, 257 euro to dla mnie bardzo dużo pieniędzy. Ale jestem też sobie w stanie wyobrazić wściekłość ludzi, którym alarm przerwał sen o 7 rano.
Jaki morał z tej przypowieści? Nie zostawiaj samochodu na ulicy jeśli wyjeżdżasz na dłużej (banał) i nie licz na dobrotliwość niemieckiej policji (też banał).
Z drugiej strony, nie poczułem się tym dotknięty jako Polak. W rzędzie A (co pewnie znaczy Auslander - obcokrajowiec; pozostałe rzędy były oznaczane cyframi) stało tylko moje auto. Spędziłem tam dużo czasu czekając na kontakt z ubezpieczycielem i dojazd pomocy; przez punkt przewinęło się sporo ludzi. Jacyś Chińczycy, jeden Murzyn, ale przede wszystkim cała masa normalnych Niemców. Przy mnie przywieźli śliczne, czarne Ferrari na monachijskich tablicach. Napisy w biurze były w czterech językach - po niemiecku, angielsku, włosku i francusku. Jedyny słowiański akcent to kalendarze czeskiej firmy handlującej drewnem.
PS. Nie wiem czy się śmiać czy płakać. W każdym razie, jak widać jeszcze nie wszystkie ceny w Polsce są na europejskim poziomie. I dobrze, bo zarobki też nie.
PS2. Facet z assistance był mocno zdziwiony, jak mu tłumaczyłem co to takiego antynapad w samochodzie i jak działa. Dziwny kraj te Niemcy.














