czwartek, 10 stycznia 2008

Wszystko fajnie, ale Ordnung muss sein

Ucieszyłem się wracając do Monachium po świętach. Czułem się tak trochę jakbym spotykał się ze starym znajomym, którego nie widziałem jakiś czas. Przywitał mnie celnik na lotnisku mówiący "do witzenia" i jak zwykle kapitalny zachód słońca.


Następnego dnia miałem odbierać samochód. Podczas mojej nieobecności włączył się alarm i policja odholowała go na parking. Prawdę mówiąc, miałem nadzieję na bezkosztowe załatwienie sprawy - w końcu to nie moja wina, że auto zaczęło wyć. Bałem się co najwyżej, że stało się coś poważniejszego - wybita szyba, etc. Niestety, kalkulator w biurze parkingu wypluł kwitek z zatrważającą kwotą 257 euro. 45 euro mandatu za zakłócanie spokoju (podobno wył przez ponad 2 godziny), 95 euro kosztów holowania, 36 euro opłaty podstawowej za parking plus 81 euro za dziewięć dni postoju. Rozmowa była krótka. Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież nie jestem winny, nie pomogła standardowa gadka o "biednym studencie", ani nawet oczy kota ze Shreka. Dura lex sed lex. Oczywiście nie mogłem zapłacić Visą ani Mastercardem (Niemcy...), a swoją EC-Kartę zgubiłem jakiś czas temu. Musiałem więc na dodatek przedrałować do bankomatu. Autu nic się nie stało, padł tylko akumulator. Obsługa parkingu próbowała mi pomóc, ale ostatecznie nie obyło się bez wzywania assistance.

Jakiś rok temu miałem podobną sytuację w Polsce, tylko że to ja nie mogłem znieść drącego się pod oknem alarmu i to ja wzywałem policję. Panowie przyjechali po godzinie, popatrzyli, pogadali, a w międzyczasie padła bateria i problem się sam rozwiązał. Czy zdecydowaliby się na odholowanie? Nie wydaje mi się...

Dobrze? Źle? Tak, byłem wściekły, 257 euro to dla mnie bardzo dużo pieniędzy. Ale jestem też sobie w stanie wyobrazić wściekłość ludzi, którym alarm przerwał sen o 7 rano.

Jaki morał z tej przypowieści? Nie zostawiaj samochodu na ulicy jeśli wyjeżdżasz na dłużej (banał) i nie licz na dobrotliwość niemieckiej policji (też banał).

Z drugiej strony, nie poczułem się tym dotknięty jako Polak. W rzędzie A (co pewnie znaczy Auslander - obcokrajowiec; pozostałe rzędy były oznaczane cyframi) stało tylko moje auto. Spędziłem tam dużo czasu czekając na kontakt z ubezpieczycielem i dojazd pomocy; przez punkt przewinęło się sporo ludzi. Jacyś Chińczycy, jeden Murzyn, ale przede wszystkim cała masa normalnych Niemców. Przy mnie przywieźli śliczne, czarne Ferrari na monachijskich tablicach. Napisy w biurze były w czterech językach - po niemiecku, angielsku, włosku i francusku. Jedyny słowiański akcent to kalendarze czeskiej firmy handlującej drewnem.

PS. Nie wiem czy się śmiać czy płakać. W każdym razie, jak widać jeszcze nie wszystkie ceny w Polsce są na europejskim poziomie. I dobrze, bo zarobki też nie.

PS2. Facet z assistance był mocno zdziwiony, jak mu tłumaczyłem co to takiego antynapad w samochodzie i jak działa. Dziwny kraj te Niemcy.

piątek, 21 grudnia 2007

Pozdrowienia z Warszawy

Przyjechałem sobie na święta do Warszawy. I wiecie, co mnie najbardziej uderzyło? Dwie rzeczy.

Po pierwsze, zupełny chaos miejskiej przestrzeni. Nie jestem architektem, ale blaszane budy na moim osiedlu w Warszawie pasują mi do reszty zabudowy jak pięść do nosa. Są zwyczajnie brzydkie. W Monachium chodzę sobie czasem na pocztę, która znajduje się na takim zwykłym blokowisku - absolutnie żadna reprezentacyjna dzielnica. Całość jest niespecjalnie interesująca, ale wygląda w miarę składnie i nic tam w oko nie kłuje. Żadnych blaszanych prowizorek i żadnego handlowania z łóżek.

Po drugie, totalna samowolka kierowców. Jeżdżenie po chodnikach, nawet w samym centrum miasta (przejazd do Karowej przez plac budowy przy Krakowskim Przedmieściu); parkowanie na trawnikach i ścieżkach rowerowych. Warszawiakom polecam spacer ul. Saską, czyli jednym z głównych ciągów na Saskiej Kępie. Równolegle do ulicy, w miejscu trawnika, powstał "parking", a w zasadzie łaźnia błotna, w której z lubością taplają się pojazdy ze wszystkich półek.

Kiedy się nad tym dłużej zastanowię, to dochodzę do wniosku, że całość ma dwa powody. Po pierwsze, słabość państwa, administracji - jak to zwał, tak to zwał. Instytucje do tego powołane nie radzą sobie z bałaganem urbanistycznym i komunikacyjnym. Nie są też w stanie zaoferować sensownej alternatywy. Jadąc S-Bahnem na lotnisko w Monachium minąłem chyba z pięć parkingów Park & Ride. Ile jest ich w Warszawie? Jeden na 400 aut? Drugim powodem jest polska (a zwłaszcza warszawska) mentalność. Umiłowanie idiotycznie rozumianej "wolności" - wolności do wjechania prywatnym autem na Nowy Świat, do zostawienia go gdziekolwiek (na przykład na trawniku), do zastawienia straganem chodnika - połączone z poczuciem zagrożenia (ponownie: jeżdżenie autem zamiast komunikacją miejską, ale i grodzone osiedla).

A tak poza tym, to naprawdę nie mamy się czego wstydzić. No, może tylko dziadowskiego lotniska, fatalnych dróg i kretyńskich puent w telewizyjnych newsach. Po tym, co słyszałem o francuskim banku Paribas, w którym pieniądze same sobie znikają z konta (i trzeba się upomnieć żeby wróciły), ze stoickim spokojem przyjmuję opowieści mojej mamy na temat jej przygód w BZWBK. A pobliska stacja benzynowa, która całą dobę kusi zielonym neonem, zaciera niemiłe wspomnienia o monachijskim Jet'cie, który nie dość że czynny tylko do północy, to jeszcze nie ma na stanie żadnych środków przeciwbólowych.

sobota, 15 grudnia 2007

Luźne impresje z metra

Natchnął mnie tekst nt. flashmoba zorganizowanego na dworcu w Katowicach. Poszło o walkę z idiotycznym zakazem fotografowania. Grupa ludzi skrzyknęła się przez internet, by punktualnie o godzinie 15 obfotografować ten strategiczny, wojskowy obiekt. Impreza się udała, przyszło kilkadziesiąt osób, ochroniarze nie interweniowali (bo niby jak?). Czemu o tym piszę? Kompletnie rozłożyła mnie wypowiedź "zagranicznego gościa":

"Protest miał nawet międzynarodowy zasięg. Z aparatem na dworzec przyszedł Carl Cordonion, który do Katowic przyjechał odwiedzić znajomą. - Myślałem, że komunizm w Polsce już dawno się skończył. To wtedy chyba mieliście takie zakazy - dziwił się Francuz."

No cóż, pozostaje zaproponować p. Carlowi, by wsiadł w śliczne TGV i ze swojego Paryża, Marsylii albo innego Strasburga podjechał do miasta Lille - we Francji oczywiście. Tam będzie mógł odbyć owocną dyskusję na tematy historyczno-politologiczne ze służbami porządkowymi ważnego obiektu wojskowego, jakim jest lokalne metro. Kiedy już ustalą, czy we Francji komunizm się skończył, trwa nadal czy też może nigdy się nie zaczął, (i odtąd zero sarkazmu) będzie mógł udać się w okolice stacji Cite Scientifique by podziwiać, moim skromnym zdaniem, zjawiskowe estakady i dworce kolejki. I koniecznie zrobić kilka zdjęć - może na zwenątrz nikt go już nie pogoni.

źródło: http://cyberfrance.dmweb.org

Strasznie żałuję, ale nie mam żadnej własnej, fajnej fotki. Jakoś ciągle miałem pod górkę (zn. pod słońce)... W każdym razie, szkoda, że czegoś podobnego nie wybudowano w Monachium, w okolicach wioski olimpijskiej z 1972 roku - pasowałoby tam idealnie.

Olydorf to dla mnie miejsce magiczne. Ma kawałek historii i pachnie zrealizowaną, miejską utopią, taką rodem z pomysłów Le Corbusiera. Wszystko jest tam na swoim miejscu, dokładnie przemyślane i zaplanowane. I co ciekawe, działa. Parking podziemny, pasaż ze sklepami i knajpkami, kawałek parku z sadzawką, stacja metra, dyskoteka, biblioteka, nawet przedszkole i centrum ekumeniczne. Wioska jest niemalże samowystarczalna. Po zakończeniu olimpiady, część zabudowań zaadaptowano na potrzeby studentów - tyczy się to zwłaszcza zbudowanych dla prasy bungalowów. Szkoda, że idą właśnie pod kilof - przez ponad 30 lat zdążyły obrosnąć nie tylko bluszczem...


A z tarasu na 15tym piętrze jednego z jej budynków rozciąga się fenomenalny widok na sam Olydorf, park olimpijski, budynki BMW oraz Allianz Arenę.

W ogóle całość należałoby przerobić na coś w rodzaju skansenu - muzeum lat 70tych. Po wiosce przechadzaliby się statyści w oldskulowych dresach Adidasa, na parkingu podziemnym parkowałyby BMW i VW Golfy z epoki, a zwiedzającym wypożyczano by walkmany (ok, wiem że to trochę nie ta dekada, ale szpulowiec to by już była perwersja) z kasetami wczesnego Kraftwerka. Po prostu podróż w czasie, lepsza atrakcja turystyczna od BMW Welt. Słyszy mnie pan, panie Ude ?! W ramach wynagrodzenia z tytułu praw do pomysłu mogę przyjąć jakiś skromny apartament w Olydorfie ;)

środa, 12 grudnia 2007

Pogromcy mitów: moje drogie Monachium

Jeszcze zanim wyjechałem z Polski, wiele osób straszyło mnie "najdroższym miastem w Niemczech" - w domyśle, nie dość że drogie Niemcy, to jeszcze drogie Monachium. Po kilku miesiącach spędzonych tutaj miałem zupełnie inne zdanie.

Dokończywszy mleczną Milkę po 69 centów (2,46zł - dla ułatwienia, dalej będę podawał ceny w złotówkach, przy aktualnym kursie 3,55zł za euro) za tabliczkę (2,49zł w Hipernet24.pl), wezmę się za pichcenie obiadu. Dzisiaj nie będzie piersi z kurczaka (35zł / kg w Penny Markt; 18zł / kg w Hipernet24.pl) z ryżem (3,17zł / 1kg w torebkach z Penny Markt; 2,5zł / 1kg tego samego w Hipernet24.pl). Zamiast tego, pewnie sobie wrzucę do piekarnika pizzę Dr.Oetkera (8,5zł w Edece; 6,8zł w Hipernecie) i popiję apfelschorle (sok jabłkowy z wodą gazowaną; 2,49zł za 1,5 litra). Na kolację jakieś kanapki, najchętniej z serem (20zł / kg goudy w Edece; 23zł / kg w Hipernecie), szynką (6,7zł / 200g paczkowanej szwarcwaldzkiej w Edece; 12zł / 200g tejże w sklepie na H) albo normandzkim Camabertem (6zł / 250g w Edece; 5zł / 240 g w H). Na deser pół litra znakomitego Hacker-Pschor Original Muenchner (2,8zł / 0,5l w Edece - a to jest jedno z droższych piw!; priceless w Polsce). Pomarańcze kupiłem po 7zł za 1,5 kg (4,5zł w Hipernecie).


Co prawda, paliwo jest droższe niż w Polsce (aktualnie 4,7zł / litr 95tki), ale i tak nie jeżdżę samochodem, bo na moje zadupie dociera całkiem sprawne metro, za które płacę 170zł miesięcznie. To boli, ale ból mija, jak tylko przypomnę sobie, ile wydawałem w Warszawie na benzynę. Akademik kosztuje prawie 900zł / miesiąc, tyle że nie jest to obskurna nora o standardzie Kica, ale budynek oddany do użytku w tym roku. Nie ma szaleństw - na osiem osób przysługuje wspólna kuchnia i dwie łazienki. Z drugiej strony, karaluchy po ścianach nie łażą, łóżko się nie zapada, a w cenie jest też internet, i to całkiem zacny. Gdyby wpadł mi do głowy pomysł zostania w Monachium "trochę" dłużej, nowe mieszkanie w okolicy (przypominam - 15 minut metrem do centrum) mogę kupić za 12 - 13 tysięcy / m2 (czyli jak w Warszawie). Nowe, znaczy wykończone (nie tzw. standard deweloperski, czyli gołe mury i wylewka na podłodze).

O cenach samochodów nie będę się rozpisywał. W każdym razie, pewnie jest jakiś powód (poza głębokim, germańskim poczuciem dumy narodowej ;) ), że to Polacy wożą auta z Niemiec, a nie na odwrót. Elektronika nieco tańsza. Kupując tutaj iMaka zaoszczędziłbym kilkaset złotych. Ostrzyc można się za nieco ponad 30zł, a w knajpie piwo tańsze niż 7zł to okazja.

Tanio? Drogo? Zabierając się do pisania tej notki wychodziłem z założenia: g. prawda, wcale nie jest dożej niż w Warszawie! Teraz już nie jestem tego taki pewny...

sobota, 8 grudnia 2007

Sami nie wiecie, na jakim świecie żyjecie

Czasami zastanawiam się, czy ludzie którzy nami rządzą, nie żyją przypadkiem w alternatywnej rzeczywistości - takiej, w której czas zatrzymał się gdzieś w latach 80tych poprzedniego wieku. Takiej, w której internet jest co najwyżej ciekawostką dla dzieciaków, a telefony komórkowe co prawda istnieją, ale tak naprawdę to od tych stacjonarnych różnią się tylko tym, że nie mają kabla.

Weźmy na przykład tajny, niedostępny dla dziennikarzy kongres PiS, relacjonowany na żywo przez Gazeta.pl. Jaki sens miało utajnianie, skoro i tak najważniejsze informacje natychmiast pojawiały się w sieci? Albo cisza wyborcza, w czasie której nie wolno publikować wyników exit polls. Nie wolno, i co z tego? Sam dotarłem do tych informacji grubo przed 20tą, a zaraz po 20tej były dostępne dla każdego, kto wpadł na pomysł, żeby zajrzeć na Wykop albo Salon24. A histeryczna reakcja byłego premiera na akcję "Schowaj babci dowód"? I niewiele mniej histeryczne komentarze ludzi z PO pod adresem autora bloga HGW Watch?

Nasi przedstawiciele siedzą w jakiejś hermetycznej kapsule i niespecjalnie zdają sobie sprawę z tego, że świat zmienia się pod wpływem internetu oraz ogólnie coraz powszechniej dostępnych, coraz lepszych środków komunikacji. Jak mają wspierać innowacyjność, skoro nie kojarzą tak podstawowych faktów, jak ten, że aby przeprowadzić w internecie skuteczną akcję polityczno-prześmiewczą nie trzeba tajnych spisków, albo że do utrzymania solidnego, politycznego bloga naprawdę wystarczy jeden pasjonat, który pracuje nonprofit, w swoim prywatnym czasie?

Poprzednie wybory parlamentarne w Polsce pokazały, że da się zmobilizować młodych do głosowania. I jestem przekonany, że w tej mobilizacji olbrzymie znaczenie odegrała sieć. Tak jak Koreańczycy w 2002 roku, młodzi Polacy zmówili się, żeby pójść do urn i dokonać wyboru. Tyle, że w Korei był to wybór "za", a w Polsce raczej "przeciwko". Nie było jakiegoś jednego ruchu (jak w Korei), ale raczej pospolite, antykacze ruszenie, które przetoczyło się przez blogi, fora i prywatne skrzynki pocztowe. Pytanie, kiedy (bo nie "czy") pojawi się w Polsce polityk, który świadom możliwości i realiów sieci, będzie w stanie wykorzystać ją, by osiągnąć faktyczny sukces (rozumiany nieco szerzej, niż bycie dostarczycielem ploteczek z kręgów albo autorem tu i ówdzie komentowanych listów).

wtorek, 4 grudnia 2007

Nigga pliz, trit ja lenguydż rajt

Ręce opadły mi razem z majtkami. Przedstawiam Państwu Szczyt Obciachu AD 2007, zero absolutne:

Jak pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, można w Polsce wydać płytę z kawałkami o Baśce co miała fajny biust pod anglojęzycznym tytułem i to jeszcze do tego takim pompatycznym? Nic nie mam do tytułów anglojęzycznych jako takich, ale jak mawia krynica mądrości wszelakich - trzeba znać swoje miejsce! Tytuł anglojęzyczny pasuje do anglojęzycznego dzieła, tak jak anglojęzyczna instrukcja do pralki sprzedawanej w UK albo USA. Oczywiście, w historii Polski był taki okres, kiedy obco brzmiące nazwy dodawały blichtru i "światowości" (albo tak przynajmniej wydawało się przedsiębiorcom), podobnie jak błyszczący dres, antena satelitarna na balkonie i reklamówka z Aldiego - ale to było prawie 20 lat temu! Pozostałość po tych czasach to setki Jurexów, Marexów i Tomexów. Autorzy kompilacji chyba nie bardzo zorientowali się, że angielski przestał być "trendy", a stał się po prostu konieczny do normalnego funkcjonowania, tak jak prawo jazdy i znajomość obsługi komputera. No ale może zakładają, że target (nb. sportretowany na okładce) ciągle mentalnie pozostaje w pierwszej połowie lat 90tych. Tylko dlaczego temu "dziełu" patronuje merlin.pl?

Przypadki chodzą po necie

Grabaż nagrał ze Strachami "Autora", czyli płytę - tribute dla Kaczmarskiego. Niestety tak się złożyło, że kompozytor dwóch kawałków, Przemysław Gintrowski, nie zgodził się na ich publikację na krążku. Wynikła trochę głupia sytuacja, bo płyta miała być pewną zamkniętą całością, a nie po prostu zbiorem coverów. I co teraz zrobić - tak po prostu zapomnieć o całym projekcie? Czy może wydać w wersji niedorobionej?

Zespół rozwiązał problem całkiem nowatorsko. Kupując krążek dostajemy gratis płytkę CDR, która dla niewprawnego oka jest nie do odróżnienia od tłoczonego oryginału (ma identyczny awers). Zgodnie z dołączoną instrukcją, na CDR powinniśmy nagrać utwory uprzednio skopiowane z tłoczonej płyty, ale w zmienionej, wybranej przez siebie kolejności, tak, by utworzyły "nową historię". I oczywiście są słuchacze, którzy tak zrobią - szanujemy ich. Ale możemy też poszperać trochę w internecie, gdzie znajdziemy kopię płytki i to zawierającą... dwa utwory, na których publikację nie zgodził się Gintrowski! Ciekawe, jaki przypadek sprawił, że trafiły do sieci, i skąd przypadkowo wyciekły... Łorewa. Ściągamy więc odpowiednie archiwum, nagrywamy na dołączonego CDRa i mamy (prawie) oryginalny album w pierwotnej wersji. I wszyscy są szczęśliwi. Może poza panem Gintrowskim. Sprytne te przypadki, nie?

Co do samej płyty. Nie, nie przyłączę się do chóru pochlebców, wśród których znalazł się nawet recenzent Przeglądu (!). Jestem fanem Grabaża, uwielbiam Strachy, ale nie lubię takich albumów. Niedobrze mi się robi jak słucham Kazika śpiewającego Waitsa. Tutaj jest może trochę lepiej, ale też wieje nudą i jakąś taką dziwną pozą. Stosunkowo najbardziej udane utwory to "Autoportret Witkacego", "Kazimierz Wierzyński", "A my nie chcemy uciekać stąd" i - przede wszystkim! - "Walka Jakuba z aniołem". Gdyby tylko nie to zawodzenie "...i w tym spotaaAAAaaaAAAniu na bydlęcej drodze..." - paznokcie bolą... W każdym razie, dzieło (w wersji pierwotnej) faktycznie jest pewną zamkniętą całością, opowiada jakąś historię, ale o tym sza - nie będę robił spoilerów. Jeśli aż tak to Was interesuje, to sobie kupcie i posłuchajcie. Ale jakoś gorąco zachęcał nie będę. Ode mnie płytka dostaje 3,5 w skali akademickiej.